|
Co to właściwie jest? Bardzo cenię wydawnictwo Czarne należące do Andrzeja Stasiuka. Cenię zwłaszcza dobre wyczucie co do debiutantów, których książki ukazywały się nakładem wydawnictwa - w większości były to doskonałe trafienia, tak jak np. Mirosław Nahacz i jego genialne "Osiem cztery". Jednak co w katalogu Czarnego robi Michał Sufin z jego „Warszawskimi wersetami”? Niestety nie mam pojęcia.
Lekturę książki Sufina zacząłem z myślą, że oto pojawił się nowy polski pisarz i młoda, świeża proza czymś mnie znów zaskoczy. Bardzo się myliłem. Przeczytałem kilka stron i ugrzęzłem. "Warszawskie wersety" próbowałem przeczytać kilka razy. Potem znowu i znowu od początku. Ale gubię wątek przed połową. Ta książka to, niestety, tylko bełkot plus kilka ciekawych sformułowań.
Naprawdę nie mam pojęcia, o co w „Warszawskich wersetach” chodzi. Bardzo przepraszam, może jestem na to za głupi, ale ilość grepsów, przekleństw, nowomowy i innych tego typu tekstów jest tu przytłaczająca. Wiem, wiem, może to barokowa, misterna forma, a ja się nie znam... Nie mogę nic z tego zrozumieć. Całość w pierwszej osobie przypomina bełkot narkomana lub pijaka w trakcie ciągu. Nic nie łączy się z niczym. W reklamach tej książki pisano o nawiązaniach do Gombrowicza, poematu dygresyjnego itp. Dla mnie to po prostu nie poprawiony, nie ułożony słowotok. Zgodzę się, że Sufin ma talent do wymyślania dziwnych określeń i ciekawego łączenia zdań, ale nie widzę tu żadnej konstrukcji ani osi fabularnej. Po prostu się gubię.
A początek jest niezły. Główny bohater reagując na wymówki matki po powrocie do domu pierwszy raz od tygodnia:
"Gdyby spojrzenie mogło rzygać, nic nie musiałbym mówić. A tak to trzeba było zachichotać, na przekór i przetrzymać na pauzie czekając."
Stawiam 3, bo liczę na to, że Michał Sufin wykorzysta swój talent i stworzy jakąś oś w swojej następnej książce.
Więcej o książce "Warszawskie wersety" Zobacz tę pozycję w księgarni Lideria |