|
O prawdziwym znaczeniu grubej kreski, o kolesiach z układu, rżnięciu głupa i goleni prawej. Alfabet polityczny Rzeczpospolitej wielu numerów w książce „Polska, głupcze!” Tomasza Lisa.
„Granice mojego języka stanowią granice mojego świata” – mawiał Wittgenstein. Wniosek z tego taki, iż wszelkie pojmowanie świata odbywa się w języku i od niego zależy interpretacja rzeczywistości. Patrząc na polską politykę nie dziwi fakt, iż w zasadzie Polacy jej nie rozumieją. Różni się ona od polityki niemieckiej, czy brytyjskiej, tak jak izba wytrzeźwień od Izby Lordów. Czego nie rozumieją, tego też nie akceptują i krążą po omacku między prawicą a lewicą spodziewając się Bóg wie czego. Polityka to dla nich inny świat. Ten świat ma swoje prawa i swój język. Najnowsza książka Tomasza Lisa obrazuje tą niezwykłą rzeczywistość przez pryzmat rodzimych pojęć i znaczeń. Okazuje się, że sami politycy nie do końca orientują się w obowiązującym kanonie. Popełniają faux pas, kreują nowe pojęcia, coraz bardziej groteskowe, a opinia publiczna przeciera oczy ze zdumienia. To nie sen – przekonuje Lis. Rozkłada na części alfabet III i IV RP odsłaniając przy tym wiele przekłamań funkcjonujących w polskiej polityce. Prawdziwa geneza i znaczenie grubej kreski Tadeusza Mazowieckiego okazują się zgoła odmienne od tych, które zna opinie publiczna wraz z jej reprezentantami, z lewa, jak i z prawa.
Lis stara się pisać do każdego obywatela. Motto "Polska, głupcze!", w istocie parafraza hasła wyborczego Billa Clintona – "Gospodarka, głupcze!", ma trafiać do szerokiego grona czytelników. Trudno jednak autorowi odejść od wysublimowanego języka, którym posługuje się na codzień. W efekcie rysuje się pewna niekonsekwencja, gdyż z jednej strony mamy układ, bulteriera, ratlerka i burą sukę, a z drugiej polityczną aberrację i degrengoladę – słowa z wyższej półki charakterystyczne dla inteligentnego i krytycznego stylu Lisa. W gąszczu słów ulatuje gdzieś clou, który, jak mniemam, stanowi obraz farsy i żałosnego charakteru życia publicznego.
Autor odstąpił od roli mentora polskiego życia publicznego, którą prezentował z powodzeniem w książce „Co z tą Polską?” i po części w „Nie tylko fakty”. Nie da się ukryć, że wizja Polski wg Tomasza Lisa trąci już nieco myszką, a szczytowy moment swojej kariery Lis ma już za sobą. Zawsze ceniłem Lisa za profesjonalizm, przenikliwy umysł i patriotyczną postawę. Swoimi spostrzeżeniami potrafił natchnąć najbardziej zrezygnowanych, odświeżyć ich polskość i narodową dumę. Tym bardziej trudno mi zrozumieć przyjęcie przez Lisa roli dla siebie zupełnie odmiennej. Być może znalazł się pod wpływem politycznej aberracji i sejmowej degrengolady, którą bezceremonialnie obnaża na kartach książki szydząc z irracjonalności i nieustannego dążenia rządzących do racjonalnego wyjaśniania oczywistych bzdur.
Biorąc do ręki książkę „Polska, głupcze!” liczyłem na coś więcej. Z niecierpliwością oczekiwałem charakterystycznej dla Lisa błyskotliwości, którą urzekał w swoich poprzednich książkach. Poszukiwałem polotu i ciekawych wywodów. W zamian znalazłem ostry styl, który przybiera wymiar siekiery w rękach intelektualisty. Ani mu z nią do twarzy, ani posługiwać się nią do końca potrafi. Wydawca postawił na markę i ona zagwarantuje mu godziwe zyski. Warto jednak czasami docenić klienta i zadbać o produkt. Ten jest kiepski.
Więcej o książce "Polska, głupcze!" Zobacz tę pozycję w księgarni Lideria |