|
Kontynuacja tradycji SF Kiedy zobaczyłem okładkę "Uśpionego archiwum" od razu się ucieszyłem. Coś tam lata, pojazdy jakieś i w ogóle. To nareszcie prawdziwa, twarda SF!!! Na to czekałem w zalewie książek wpisujących się jedynie w kanon fantastycznych, lecz nimi nie będących w pełni. Pełno przecież teraz powieści, które bazują na fantastyce, lecz nie są nią tak naprawdę, jak kiedyś. Nie wiem, czy ktoś zrozumiał ten bełkot, ale chodziło mi, w skrócie, o to, że mało kto teraz pisze jak Podrzucki.
Na ostatniej stronie okładki czytam, że autor to mikrobiolog, doktor nauk medycznych, od wielu lat prowadzący badania w zakresie genetyki molekularnej. Wreszcie ktoś kompetentny, z zapleczem wiedzy, stworzony do SF!!! - krzyczę, zanim jeszcze zaczynam czytanie ;-) Potem już pozwalam się porwać światu "Uśpionego archiwum".
Oto opowieść o młodym strażniku prawa, który otrzymuje szansę wyruszenia w podróż po Drzewie, czyli żywej nanostrukturze, stanowiącej dom społeczeństwa ludzkiego. Thomas Farquahart trafia w prąd wydarzeń już na początku książki i trwa w nim do ostatnich stron. Bo akcji tej powieści odmówić nie można. Najlepsze jest to, że bohaterowie wędrują przez różne odcinki Drzewa, a na ich drodze pojawiają się najdziwniejsi osobnicy i egzotyczne miejsca, które stają się ciekawym elementem książki. Właśnie ta różnorodność, to rozbudowanie świata przedstawionego, na które pozwolił sobie autor, stanowią siłę "Uśpionego archiwum". Wielka wyśniona maszyneria natury, w której nerwach gnieździ się wszelakie życie, tak barwne, że chcemy czytać o nim znacznie więcej niż dostajemy.
Taki pejzaż przyszłości, czy może nawet innego wymiaru, przez który przechodzi bohater wraz z towarzyszami, to koloryt osobowości, tygiel kultur, zachowań, powodujący ciekawość czytelnika. Właśnie dlatego czyta się powieści hard SF, żeby oderwać się od wszystkiego co normalne. Etapy fabuły są na tyle zróżnicowane i spore, że można nadać książce miano przygodowej SF.
Teraz trochę narzekania, bo jakże nudno byłoby ciągle chwalić ;-) Otóż napisałem, że akcji w tej powieści nie brakuje. To fakt. Jednak brakuje dobrego jej opisu. Mam na myśli tutaj nieumiejętne posługiwanie się retardacją. Podrzucki to nie Stephen King i przedłużanie momentu przed dzianiem się, wstawianie chwil zwalniających tempo, nie wychodzi mu tak ciekawie, jak królowi horroru, który powinien nosić raczej miano „mistrza dawkowania napięcia”, tylko to nie brzmiałoby już tak dobrze ;-) Dlatego właśnie, w moim skromnym mniemaniu, przydałoby się książce odjąć jakieś sto stron niefortunności na polu opisu akcji.
Innym minusem jest zdecydowanie inteligencja głównego bohatera. Przypomina niemal ten kaliber, który reprezentuje bohater „Bezbronnego Imperium” (8 tom serii „Miecz Prawdy”), o imieniu... jak on tam miał... eee... no taki właśnie pamiętliwy ten człowieczek. Thomas przeszkadza nieraz czytelnikowi, zachowuje się jak prostaczek, którego przerastają wydarzenia wokół. Ciągle się o coś pyta, każdy jego dialog jest ciężko obarczony epitetami i zwrotami do bóstw i tego typu figur wielkiej stałości. To strasznie męczy podczas czytania. Rany, czy ten gość nie może powiedzieć czegoś normalnie?
Ogółem nie jest to zła książka, ale wady, które opisałem też do najlżejszych nie należą, bo przecież mamy się, jako czytelnicy, przywiązać do bohatera, a on niczym półgłówek wrzuca co mu ślina na język przyniesie. Umiejętne posługiwanie się środkami językowymi to tylko większy komfort czytelnika. Czasem jednak warto przejść te niepowodzenia, żeby zobaczyć coś innego. Tutaj jest to świat Drzewa. Czwóreczka i nic więcej niestety.
Więcej o książce "Uśpione archiwum" Zobacz tę pozycję w księgarni Lideria |