Strona Główna
   Książki
 Recenzje
 Autorzy
 Biografie
 Nowości i zapowiedzi
 E-books
 Felietony
 Konkursy
 Wywiady
   Zarejestruj się
 Dodaj materiał
   Redakcja
 Linki
 Współpraca
 Partnerzy
  • Wyszukiwarka

  • Polecamy
    Najlepsze strony o literaturze
  •  Obwód głowy

    Autor: Włodzimierz Nowak
      Drukuj fragment książki Obwód głowy   Powiadom znajomego o książce Obwód głowy
    Obwód głowy



    Fragmenty:

    O Wandzie, co nie chciała niemca
    To musiało zabawnie wyglądać. Gerdi, stary, siwy Niemiec,
    leży na trawie i trzyma mnie za stopę, aż się trzęsie z wysiłku,
    ja wiszę z głową w dół w szuwarach i próbuję wyciągnąć
    z rzeki małego brązowego pieska pani Ewy, który zsunął się
    ze stromego brzegu. Uratowaliśmy kundelka. Gerdi promieniał,
    potrząsał siwą czupryną, dumny, że pierwszy popędził
    kundelkowi na ratunek.
    Pani Ewa mówi, że Gerdi ma wielkie serce, większe od rozumu,
    i dlatego dał się oskubać cwanej babie.
    Pani Ewa, ładna szatynka około trzydziestki z blond wąsikiem,
    mieszka w poniemieckiej chałupie na końcu Nowych
    Bielic (niedaleko Krzyża). Samotna, z córką i starą ciotką, od
    podstawówki tyra na trzynastu hektarach. Pięć lat temu przygarnęła
    bezdomnego Niemca, bo Gerdi chodził od zagrody do
    zagrody i szukał schronienia.
    Kiedy kundelek chlupnął do rzeki, Gerdi pokazywał mi
    właśnie miejsce za chałupą pani Ewy, gdzie Drawa wpływa
    do Noteci. Cicho i pięknie. Słodki Rożek - mówili o tym
    miejscu Niemcy jeszcze przed wojną, kiedy tamten brzeg był
    polski, ten - niemiecki, a granica biegła środkiem Noteci.
    Kiedyś podobno dwie barki z cukrem - jedna płynęła Drawą,
    druga Notecią - zderzyły się w tym miejscu i na jakiś czas
    osłodziły wodę.
    Lipiec 1981 roku: Gerhard Zandecki, przedsiębiorca spod
    Hamburga, jedzie na urlop do Polski. Żona, córki i syn trochę
    się boją. Nigdy nie byli w Polsce. Odkąd zmarł Tadeusz Zandecki,
    ojciec Gerharda, nikt nie rozumie listów od krewnych
    z Polski. Chodzą z listami do tłumacza. Okazało się, że mają
    w Polsce dużą rodzinę.
    Dziad Gerharda, piekarz z Ostrowa Wielkopolskiego, sto lat
    temu wyjechał za chlebem do Hamburga. Ojciec - Tadeusz,
    kierowca ciężarówki, miał jeszcze dwa serca, polskie i niemieckie.
    Jak Polacy grali w piłkę z Niemcami, wyłączał telewizor, bo
    nie wiedział, komu kibicować. Niemcy w obie wojny wysłali
    go na front francuski, bo nazwisko, które czytają „Candeki”,
    było zbyt słowiańskie. Tadeusz chciał, żeby syn uczył się polskiego,
    ale Gerhard kibicował już tylko niemieckiej drużynie,
    a z komunistami nie chciał mieć nic wspólnego. Zresztą nie
    miał czasu. Był młodym rzeźnikiem, jeździł na rowerze po
    hamburskich podwórkach i zarzynał świnie. Inga była córką
    jednego z klientów. Kiedy urodziła się im córka, Gerhard miał
    siedemnaście lat. Po roku następna córka, potem syn. Gerhard
    pracował na dwie zmiany, po godzinach za dwadzieścia marek
    rozładowywał dwudziestotonowe wagony węgla. Kupił
    trójkołowy samochód Tempo 200 i zwoził nim złom z całego
    miasta. W niedziele bronił bramki Germanii Schnelsen, jednej
    z hamburskich drużyn.
    Zdobył drugi zawód - konserwatora budynków. Wczesnym
    rankiem czyścił kwasem stare pomniki, sczerniałe ściany
    budynków, naprawiał dachy. Młodzi Zandeccy szybko się dorabiali.
    Wzięli pół miliona marek kredytu i otworzyli pod
    Hamburgiem pralnię chemiczną. Miała pięć filii, w których
    sprzedawali tekstylia i środki czystości.
    W roku 1974, kiedy Zandecki miał trzydzieści siedem lat,
    jego biały ford wpadł w poślizg. Gerhard wybił sobie zęby, miał
    kłopoty z kręgosłupem (rentę dostaje do dzisiaj), ale interes nie
    przestawał się kręcić. Zandecki był już znanym obywatelem,
    Przed wojną Słodki Rożek wyglądał inaczej: na brzegu hotelik
    z restauracją i salą dansingową, obok mały port rzeczny.
    Sześciu rybaków z polskiego i sześciu z niemieckiego brzegu
    codziennie wyciągało sieci pełne ryb.
    Potem hotelik opustoszał, właściciele uciekli. Czerwonoarmiści
    posiekli pepeszą ściany i okna. Chłopakowi z sąsiedztwa
    to się nie podobało, zagadał do żołnierzy z czerwonymi gwiazdami.
    Dostał serię w brzuch. Wysadzili hotelik w powietrze.
    Młody Niemiec do dzisiaj leży w ogródku pani Ewy.
    Potem latami nic się nie działo, czasami tylko ktoś utopił
    się w rzece, jak dwaj bracia pani Ewy. Barki przestały pływać.
    Chałupy poodwracały się do rzeki pokrzywami i drewnianymi
    wygódkami. Było spokojnie i biednie.
    Tylko raz, w pięćdziesiąt lat po terkocie radzieckiej pepeszy,
    huknął strzał. W stodole pani Ewy zabił się Dietrich, stary
    Niemiec. Strzelił sobie w usta wielkim nabojem. Takimi zabija
    się słonie na safari.
    Gerdi mówi, że Dietrich był Heimattourist. Pokazuje zdjęcia
    innych hajmatturystów. To ci staruszkowie przy kominku
    z kieliszkami szampana i błogim uśmiechem. Pewnie zobaczyli
    właśnie jakąś starą gruszę z dzieciństwa albo miejsce, gdzie
    stał dom, przypomnieli sobie zapach piołunu w upalny dzień
    i ścieżkę, którą biegali do rzeki.
    Dietrich przyjechał w rodzinne strony zabić się, bo miał
    raka. Leży na cmentarzu w sąsiednich Drawinach, gdzie się
    urodził.
    Gerdi też przyjmował hajmatturystów w swoim góralskim
    motelu pod Drezdenkiem, parę kilometrów stąd. Staruszkowie
    z Niemiec dobrze płacili za spotkania z dzieciństwem.
    Ale Gerdi nie przyjechał do Polski, by wspominać, wpadł
    tu przypadkiem, osiemnaście lat temu.
    *
    Ludzie
    czekali pod kościołem. - Pamiętam te oczy - Gerdi
    podciąga czerwone dresy - takie proszące i wdzięczne, aż się
    człowiekowi robiło miękko.
    Trzy dni później znów był w Tczewie. Tłum się zrobił pod
    kościołem, bo ludzie widzieli, jak niemiecki tir jechał przez
    miasto. Zandecki sam rozdzielał paczki, prosto z samochodu.
    Widział, jak na ulicy ludzie się wymieniali. Cukier za mąkę,
    olej za papierosy. Mówi, że był szczęśliwy.
    Obliczył kiedyś, że osiemdziesiąt siedem razy był z pomocą
    w Polsce, dwadzieścia razy tirami. Z transportem nie było
    kłopotu. Dzwoniły duże firmy, Mercedes, Renault, wszyscy
    chcieli pomóc.
    Był już wtedy instytucją. W swojej pralni chemicznej miał
    dużą mapę Polski, ludzie dzwonili z różnych stron Niemiec.
    Że mają dary, gdzie je zawieźć i czego Polacy potrzebują. Gerdi
    (tak go nazywa pani Ewa) zaciąga się tanim papierosem: - Byłem
    jak śnieżna kula, która się toczy, porywa śnieg, aż się robi
    lawina.
    Na Boże Narodzenie 1981 roku szykowali większe, świąteczne
    paczki. Stan wojenny. Pociągiem pojechał do Kolonii
    do polskiego konsula prosić o wizy, bo się żywność zmarnuje.
    Przywieźli osiem i pół tysiąca paczek. Sandomierz, Warszawa,
    Szczecin, Poznań.
    Na początku nie rozumiał, dlaczego polska milicja tak często
    kontroluje jego tira. A to, że reflektory brudne, "A co obywatel
    wiezie?". Szybko się uczył, karton bananów w łapę albo
    skrzynka piwa i droga była wolna.
    Za pomoc Polsce dostał niemiecki Krzyż Zasługi. Ale żona
    Inga zagroziła rozwodem: "Jeździsz i jeździsz, a robota leży".
    Babskie gadanie - pomyślał. Wieczorem w telewizji pokazali
    program o polskich szpitalach: nie ma sprzętu, brakuje leków.
    Dzieci umierają, bo nie ma respiratorów.
    Zadzwonił do jakiegoś „hamburskiego senatora od zdrowia”.
    Po trzech godzinach miał trzynaście respiratorów. Polski
    opiekował się miejscowym klubem sportowym, trenował młodych
    piłkarzy. Polityką się nie zajmował, więc kiedy latem
    1981 roku przekraczał naszą granicę, niewiele wiedział o Polsce,
    nie słyszał o "Solidarności", stoczni, Wałęsie.
    Przyjechali do Tczewa, do ciotki. Na kolację był bigos,
    grzybki i ogórki. Pyszne. Ale następnego dnia na obiad i kolację
    to samo. Gerhard miał brzuch jak balon. Dopiero kiedy
    zobaczył kolejki i puste sklepy, zrozumiał, skąd takie dania
    na stole.
    Przerwali urlop "przecież nie będziemy tych biedaków
    objadać". W gdańskim Peweksie kupili jedzenie, podzielili
    między krewnych, rozdali marki i wrócili do Niemiec.
    W ośmiometrowej szybie swojej pralni Zandecki powiesił
    wielki plakat: "Czy wiecie, co się dzieje w Polsce, kto pomoże
    Polakom?". - Ludzie mnie wtedy znali, byłem panem, a nie
    szmelcem jak teraz - Gerdi w czerwonym połatanym dresie
    drepcze po podwórku pani Ewy. - Zlecieli się dziennikarze,
    radio, telewizja. Po dwóch dniach było dwa i pół tysiąca paczek:
    ryż, margaryna, mąka, cukier, papierosy. Znajomy, szef firmy
    transportowej, dał tira z pełnym bakiem: "Zapłacisz tylko kierowcy".
    Potem zadzwonił kierowca, że też pojedzie za darmo.
    Granicę z NRD pomogła pokonać telewizja ARD.
    - Na granicy z Polską byliśmy o trzeciej w nocy, nasz tir
    z paczkami był pierwszy. Po nas dopiero zaczęli jeździć Francuzi,
    Holendrzy i różne niemieckie landy. Celnicy nie wiedzieli,
    co robić: "Takiego wielkiego tira puścić bez cła?". Dwie godziny
    staliśmy. Ja ani słowa po polsku. Rękami i nogami gadaliśmy.
    W końcu jakiś rezolutny zaryzykował: "Jak was puścimy, to szef
    nam dokopie, ale jak nie puścimy, to kopnie dwa razy".
    Część paczek wyładowali w kościele w Tczewie, resztęw
    domu dziecka. Zandecki był trochę zły na proboszcza, że
    częstuje ich koniakiem, kiedy parafianie nie mają co jeść.
    10 11
    To był rok 1982. Zandecki, zakochany w pielęgniarce, woził
    już tylko sprzęt medyczny i lekarstwa. Mówi, że założona
    przez niego fundacja wydała na pomoc dla Polski trzynaście
    milionów marek. Wanda w porozumieniu z Ministerstwem
    Zdrowia spisywała, czego brakuje szpitalom. Spotykali
    się w hotelach. On ani słowa po polsku, ona ni w ząb po
    niemiecku.
    Miłość wyznali sobie przez tłumacza. Niewiele
    wiedzieli o sobie. Pobrali się w roku 1984 (rok wcześniej Zandecki
    rozwiódł się z Ingą). Zamieszkali w warszawskim M-4,
    a w rodzinnym Kleśnie Wandy, małej wiosce pod Drezdenkiem,
    zaczęli budować dom w zakopiańskim stylu. Potem
    urodził się syn.
    Tu historia polskiej pielęgniarki i niemieckiego kupca
    zaczyna się rozdwajać. Po trzynastu latach z tych samych
    faktów i wydarzeń utkali dwie wrogie sobie opowieści, które
    powtarzają w sądach, adwokatom, dziennikarzom i urzędnikom.
    - Byłem bardzo naiwny i zakochany - zwierzał się Gerdi,
    kiedy pierwszy raz odwiedziłem go nad Słodkim Rożkiem.
    Stara (tylko tak nazywa dzisiaj Wandę) okradła mnie i oszukała.
    Jeszcze przed ślubem wyciągała marki: "Muszę wykupić
    mieszkanie", "Daj na rozwód". Biedną ją wziąłem. Z pierwszym
    mężem i córką na piętnastu metrach mieszkali. Ślub nasz
    wspaniały zrobiłem w Warszawie na Starym Rynku, przyjęcie
    w Akropolu, świadkowie z obu ambasad. Stu trzydziestu
    gości, lekarze, dyrektorzy szpitali.
    Wanda: - Jakie tam wielkie wesele, co on gada? Tylko sześćdziesięciu
    gości, żadnych ambasadorów. Rzecznika prasowego
    ambasady niemieckiej zaciągnęłam na siłę, bo się Zandecki
    upierał, że ktoś musi być.
    (Z Wandą rozmawiałem przez telefon. Mieszka z trzecim
    mężem gdzieś pod Warszawą).
    samolot (mały rosyjski ił), który właśnie wracał do kraju,
    mógł zabrać tylko pięć. Samolot się psuł, musieli po drodze
    lądować, pilot coś majstrował. - Noc, mróz, śnieg, a ja
    pierwszy raz w powietrzu. Powiem panu, że narobiłem wtedy
    w portki.
    Zandecki pokazuje wycinki z niemieckich gazet. Na fotografii
    dźwiga paczki, na innej z kierowcą tira pochylają się nad
    mapą Polski. Trudno uwierzyć, że ten uśmiechnięty mężczyzna
    ze zdjęcia, w smokingu, z Krzyżem Zasługi w klapie, to
    dziad z podwórka pani Ewy, w połatanym dresie. Nerwowy,
    ciągle szuka jakichś dokumentów.
    - Oj, Gerdi, Gerdi - wzdycha pani Ewa - te podziękowania
    z ministerstwa masz w czerwonej teczce, a wyrok eksmisji
    w białej.
    Zandecki wyjmuje z pudełka medale. Wymienia nazwiska
    lekarzy, dyrektorów klinik i szpitali w całej Polsce. "Serdeczne
    podziękowania za pomoc" od profesora Jana Kostrzewskiego,
    przewodniczącego Społecznego Komitetu Budowy Pomnika
    Szpitala Centrum Zdrowia Dziecka (marzec 1983). Medal z Ministerstwa
    Zdrowia. Odznaczenie z Nike od ZBoWiD-u.
    Wandę pierwszy raz zobaczył na platformie tira. Kłóciła
    się z tłumaczem o respiratory. Była przełożoną pielęgniarek
    w jednym z warszawskich szpitali. Trzy respiratory były dla jej
    szpitala, ale ona chciała, żeby wyładowali jeszcze dwa, przeznaczone
    dla Centrum Zdrowia Dziecka. Uparła się i koniec.
    Spodobała się Zandeckiemu. Dziewczyna z charakterem, ładna,
    po studiach, jedenaście lat młodsza. Zaprosił ją na kolację do
    Victorii. Brylował. Przy sąsiednim stoliku zobaczył Kazimierza
    Górskiego, trenera polskich piłkarzy. Zaprosił do stolika,
    opowiadał o swoim klubie, rozmawiał jak piłkarz z piłkarzem,
    obiecał piłkę z podpisami niemieckiej jedenastki. Wanda była
    zachwycona.

    Zobacz książkę "Obwód głowy"

  • Nowa recenzja
  • Ściana
    Ściana
    Paweł Daniel Zalewski
  • Polecamy
  • Księgarnia
  • Listy
    John Ronald Ruel Tolkien
    Listy
    56 zł 50,40 zł
    KUP TERAZ!
  • Logowanie
  • Login: 
    Hasło: 
    Zarejestruj się
     
    Wszelkie prawa zastrzeżone. Internetowe Imperium Książki © 2002 - 2010
    Serwis monitorowany przez: statystyki www stat.pl ^^^
    teatr warszawa