Fragmenty:
O Wandzie, co nie chciała niemca
To musiało zabawnie wyglądać. Gerdi, stary, siwy Niemiec,
leży na trawie i trzyma mnie za stopę, aż się trzęsie z wysiłku,
ja wiszę z głową w dół w szuwarach i próbuję wyciągnąć
z rzeki małego brązowego pieska pani Ewy, który zsunął się
ze stromego brzegu. Uratowaliśmy kundelka. Gerdi promieniał,
potrząsał siwą czupryną, dumny, że pierwszy popędził
kundelkowi na ratunek.
Pani Ewa mówi, że Gerdi ma wielkie serce, większe od rozumu,
i dlatego dał się oskubać cwanej babie.
Pani Ewa, ładna szatynka około trzydziestki z blond wąsikiem,
mieszka w poniemieckiej chałupie na końcu Nowych
Bielic (niedaleko Krzyża). Samotna, z córką i starą ciotką, od
podstawówki tyra na trzynastu hektarach. Pięć lat temu przygarnęła
bezdomnego Niemca, bo Gerdi chodził od zagrody do
zagrody i szukał schronienia.
Kiedy kundelek chlupnął do rzeki, Gerdi pokazywał mi
właśnie miejsce za chałupą pani Ewy, gdzie Drawa wpływa
do Noteci. Cicho i pięknie. Słodki Rożek - mówili o tym
miejscu Niemcy jeszcze przed wojną, kiedy tamten brzeg był
polski, ten - niemiecki, a granica biegła środkiem Noteci.
Kiedyś podobno dwie barki z cukrem - jedna płynęła Drawą,
druga Notecią - zderzyły się w tym miejscu i na jakiś czas
osłodziły wodę.
Lipiec 1981 roku: Gerhard Zandecki, przedsiębiorca spod
Hamburga, jedzie na urlop do Polski. Żona, córki i syn trochę
się boją. Nigdy nie byli w Polsce. Odkąd zmarł Tadeusz Zandecki,
ojciec Gerharda, nikt nie rozumie listów od krewnych
z Polski. Chodzą z listami do tłumacza. Okazało się, że mają
w Polsce dużą rodzinę.
Dziad Gerharda, piekarz z Ostrowa Wielkopolskiego, sto lat
temu wyjechał za chlebem do Hamburga. Ojciec - Tadeusz,
kierowca ciężarówki, miał jeszcze dwa serca, polskie i niemieckie.
Jak Polacy grali w piłkę z Niemcami, wyłączał telewizor, bo
nie wiedział, komu kibicować. Niemcy w obie wojny wysłali
go na front francuski, bo nazwisko, które czytają „Candeki”,
było zbyt słowiańskie. Tadeusz chciał, żeby syn uczył się polskiego,
ale Gerhard kibicował już tylko niemieckiej drużynie,
a z komunistami nie chciał mieć nic wspólnego. Zresztą nie
miał czasu. Był młodym rzeźnikiem, jeździł na rowerze po
hamburskich podwórkach i zarzynał świnie. Inga była córką
jednego z klientów. Kiedy urodziła się im córka, Gerhard miał
siedemnaście lat. Po roku następna córka, potem syn. Gerhard
pracował na dwie zmiany, po godzinach za dwadzieścia marek
rozładowywał dwudziestotonowe wagony węgla. Kupił
trójkołowy samochód Tempo 200 i zwoził nim złom z całego
miasta. W niedziele bronił bramki Germanii Schnelsen, jednej
z hamburskich drużyn.
Zdobył drugi zawód - konserwatora budynków. Wczesnym
rankiem czyścił kwasem stare pomniki, sczerniałe ściany
budynków, naprawiał dachy. Młodzi Zandeccy szybko się dorabiali.
Wzięli pół miliona marek kredytu i otworzyli pod
Hamburgiem pralnię chemiczną. Miała pięć filii, w których
sprzedawali tekstylia i środki czystości.
W roku 1974, kiedy Zandecki miał trzydzieści siedem lat,
jego biały ford wpadł w poślizg. Gerhard wybił sobie zęby, miał
kłopoty z kręgosłupem (rentę dostaje do dzisiaj), ale interes nie
przestawał się kręcić. Zandecki był już znanym obywatelem,
Przed wojną Słodki Rożek wyglądał inaczej: na brzegu hotelik
z restauracją i salą dansingową, obok mały port rzeczny.
Sześciu rybaków z polskiego i sześciu z niemieckiego brzegu
codziennie wyciągało sieci pełne ryb.
Potem hotelik opustoszał, właściciele uciekli. Czerwonoarmiści
posiekli pepeszą ściany i okna. Chłopakowi z sąsiedztwa
to się nie podobało, zagadał do żołnierzy z czerwonymi gwiazdami.
Dostał serię w brzuch. Wysadzili hotelik w powietrze.
Młody Niemiec do dzisiaj leży w ogródku pani Ewy.
Potem latami nic się nie działo, czasami tylko ktoś utopił
się w rzece, jak dwaj bracia pani Ewy. Barki przestały pływać.
Chałupy poodwracały się do rzeki pokrzywami i drewnianymi
wygódkami. Było spokojnie i biednie.
Tylko raz, w pięćdziesiąt lat po terkocie radzieckiej pepeszy,
huknął strzał. W stodole pani Ewy zabił się Dietrich, stary
Niemiec. Strzelił sobie w usta wielkim nabojem. Takimi zabija
się słonie na safari.
Gerdi mówi, że Dietrich był Heimattourist. Pokazuje zdjęcia
innych hajmatturystów. To ci staruszkowie przy kominku
z kieliszkami szampana i błogim uśmiechem. Pewnie zobaczyli
właśnie jakąś starą gruszę z dzieciństwa albo miejsce, gdzie
stał dom, przypomnieli sobie zapach piołunu w upalny dzień
i ścieżkę, którą biegali do rzeki.
Dietrich przyjechał w rodzinne strony zabić się, bo miał
raka. Leży na cmentarzu w sąsiednich Drawinach, gdzie się
urodził.
Gerdi też przyjmował hajmatturystów w swoim góralskim
motelu pod Drezdenkiem, parę kilometrów stąd. Staruszkowie
z Niemiec dobrze płacili za spotkania z dzieciństwem.
Ale Gerdi nie przyjechał do Polski, by wspominać, wpadł
tu przypadkiem, osiemnaście lat temu.
*
Ludzie
czekali pod kościołem. - Pamiętam te oczy - Gerdi
podciąga czerwone dresy - takie proszące i wdzięczne, aż się
człowiekowi robiło miękko.
Trzy dni później znów był w Tczewie. Tłum się zrobił pod
kościołem, bo ludzie widzieli, jak niemiecki tir jechał przez
miasto. Zandecki sam rozdzielał paczki, prosto z samochodu.
Widział, jak na ulicy ludzie się wymieniali. Cukier za mąkę,
olej za papierosy. Mówi, że był szczęśliwy.
Obliczył kiedyś, że osiemdziesiąt siedem razy był z pomocą
w Polsce, dwadzieścia razy tirami. Z transportem nie było
kłopotu. Dzwoniły duże firmy, Mercedes, Renault, wszyscy
chcieli pomóc.
Był już wtedy instytucją. W swojej pralni chemicznej miał
dużą mapę Polski, ludzie dzwonili z różnych stron Niemiec.
Że mają dary, gdzie je zawieźć i czego Polacy potrzebują. Gerdi
(tak go nazywa pani Ewa) zaciąga się tanim papierosem: - Byłem
jak śnieżna kula, która się toczy, porywa śnieg, aż się robi
lawina.
Na Boże Narodzenie 1981 roku szykowali większe, świąteczne
paczki. Stan wojenny. Pociągiem pojechał do Kolonii
do polskiego konsula prosić o wizy, bo się żywność zmarnuje.
Przywieźli osiem i pół tysiąca paczek. Sandomierz, Warszawa,
Szczecin, Poznań.
Na początku nie rozumiał, dlaczego polska milicja tak często
kontroluje jego tira. A to, że reflektory brudne, "A co obywatel
wiezie?". Szybko się uczył, karton bananów w łapę albo
skrzynka piwa i droga była wolna.
Za pomoc Polsce dostał niemiecki Krzyż Zasługi. Ale żona
Inga zagroziła rozwodem: "Jeździsz i jeździsz, a robota leży".
Babskie gadanie - pomyślał. Wieczorem w telewizji pokazali
program o polskich szpitalach: nie ma sprzętu, brakuje leków.
Dzieci umierają, bo nie ma respiratorów.
Zadzwonił do jakiegoś „hamburskiego senatora od zdrowia”.
Po trzech godzinach miał trzynaście respiratorów. Polski
opiekował się miejscowym klubem sportowym, trenował młodych
piłkarzy. Polityką się nie zajmował, więc kiedy latem
1981 roku przekraczał naszą granicę, niewiele wiedział o Polsce,
nie słyszał o "Solidarności", stoczni, Wałęsie.
Przyjechali do Tczewa, do ciotki. Na kolację był bigos,
grzybki i ogórki. Pyszne. Ale następnego dnia na obiad i kolację
to samo. Gerhard miał brzuch jak balon. Dopiero kiedy
zobaczył kolejki i puste sklepy, zrozumiał, skąd takie dania
na stole.
Przerwali urlop "przecież nie będziemy tych biedaków
objadać". W gdańskim Peweksie kupili jedzenie, podzielili
między krewnych, rozdali marki i wrócili do Niemiec.
W ośmiometrowej szybie swojej pralni Zandecki powiesił
wielki plakat: "Czy wiecie, co się dzieje w Polsce, kto pomoże
Polakom?". - Ludzie mnie wtedy znali, byłem panem, a nie
szmelcem jak teraz - Gerdi w czerwonym połatanym dresie
drepcze po podwórku pani Ewy. - Zlecieli się dziennikarze,
radio, telewizja. Po dwóch dniach było dwa i pół tysiąca paczek:
ryż, margaryna, mąka, cukier, papierosy. Znajomy, szef firmy
transportowej, dał tira z pełnym bakiem: "Zapłacisz tylko kierowcy".
Potem zadzwonił kierowca, że też pojedzie za darmo.
Granicę z NRD pomogła pokonać telewizja ARD.
- Na granicy z Polską byliśmy o trzeciej w nocy, nasz tir
z paczkami był pierwszy. Po nas dopiero zaczęli jeździć Francuzi,
Holendrzy i różne niemieckie landy. Celnicy nie wiedzieli,
co robić: "Takiego wielkiego tira puścić bez cła?". Dwie godziny
staliśmy. Ja ani słowa po polsku. Rękami i nogami gadaliśmy.
W końcu jakiś rezolutny zaryzykował: "Jak was puścimy, to szef
nam dokopie, ale jak nie puścimy, to kopnie dwa razy".
Część paczek wyładowali w kościele w Tczewie, resztęw
domu dziecka. Zandecki był trochę zły na proboszcza, że
częstuje ich koniakiem, kiedy parafianie nie mają co jeść.
10 11
To był rok 1982. Zandecki, zakochany w pielęgniarce, woził
już tylko sprzęt medyczny i lekarstwa. Mówi, że założona
przez niego fundacja wydała na pomoc dla Polski trzynaście
milionów marek. Wanda w porozumieniu z Ministerstwem
Zdrowia spisywała, czego brakuje szpitalom. Spotykali
się w hotelach. On ani słowa po polsku, ona ni w ząb po
niemiecku.
Miłość wyznali sobie przez tłumacza. Niewiele
wiedzieli o sobie. Pobrali się w roku 1984 (rok wcześniej Zandecki
rozwiódł się z Ingą). Zamieszkali w warszawskim M-4,
a w rodzinnym Kleśnie Wandy, małej wiosce pod Drezdenkiem,
zaczęli budować dom w zakopiańskim stylu. Potem
urodził się syn.
Tu historia polskiej pielęgniarki i niemieckiego kupca
zaczyna się rozdwajać. Po trzynastu latach z tych samych
faktów i wydarzeń utkali dwie wrogie sobie opowieści, które
powtarzają w sądach, adwokatom, dziennikarzom i urzędnikom.
- Byłem bardzo naiwny i zakochany - zwierzał się Gerdi,
kiedy pierwszy raz odwiedziłem go nad Słodkim Rożkiem.
Stara (tylko tak nazywa dzisiaj Wandę) okradła mnie i oszukała.
Jeszcze przed ślubem wyciągała marki: "Muszę wykupić
mieszkanie", "Daj na rozwód". Biedną ją wziąłem. Z pierwszym
mężem i córką na piętnastu metrach mieszkali. Ślub nasz
wspaniały zrobiłem w Warszawie na Starym Rynku, przyjęcie
w Akropolu, świadkowie z obu ambasad. Stu trzydziestu
gości, lekarze, dyrektorzy szpitali.
Wanda: - Jakie tam wielkie wesele, co on gada? Tylko sześćdziesięciu
gości, żadnych ambasadorów. Rzecznika prasowego
ambasady niemieckiej zaciągnęłam na siłę, bo się Zandecki
upierał, że ktoś musi być.
(Z Wandą rozmawiałem przez telefon. Mieszka z trzecim
mężem gdzieś pod Warszawą).
samolot (mały rosyjski ił), który właśnie wracał do kraju,
mógł zabrać tylko pięć. Samolot się psuł, musieli po drodze
lądować, pilot coś majstrował. - Noc, mróz, śnieg, a ja
pierwszy raz w powietrzu. Powiem panu, że narobiłem wtedy
w portki.
Zandecki pokazuje wycinki z niemieckich gazet. Na fotografii
dźwiga paczki, na innej z kierowcą tira pochylają się nad
mapą Polski. Trudno uwierzyć, że ten uśmiechnięty mężczyzna
ze zdjęcia, w smokingu, z Krzyżem Zasługi w klapie, to
dziad z podwórka pani Ewy, w połatanym dresie. Nerwowy,
ciągle szuka jakichś dokumentów.
- Oj, Gerdi, Gerdi - wzdycha pani Ewa - te podziękowania
z ministerstwa masz w czerwonej teczce, a wyrok eksmisji
w białej.
Zandecki wyjmuje z pudełka medale. Wymienia nazwiska
lekarzy, dyrektorów klinik i szpitali w całej Polsce. "Serdeczne
podziękowania za pomoc" od profesora Jana Kostrzewskiego,
przewodniczącego Społecznego Komitetu Budowy Pomnika
Szpitala Centrum Zdrowia Dziecka (marzec 1983). Medal z Ministerstwa
Zdrowia. Odznaczenie z Nike od ZBoWiD-u.
Wandę pierwszy raz zobaczył na platformie tira. Kłóciła
się z tłumaczem o respiratory. Była przełożoną pielęgniarek
w jednym z warszawskich szpitali. Trzy respiratory były dla jej
szpitala, ale ona chciała, żeby wyładowali jeszcze dwa, przeznaczone
dla Centrum Zdrowia Dziecka. Uparła się i koniec.
Spodobała się Zandeckiemu. Dziewczyna z charakterem, ładna,
po studiach, jedenaście lat młodsza. Zaprosił ją na kolację do
Victorii. Brylował. Przy sąsiednim stoliku zobaczył Kazimierza
Górskiego, trenera polskich piłkarzy. Zaprosił do stolika,
opowiadał o swoim klubie, rozmawiał jak piłkarz z piłkarzem,
obiecał piłkę z podpisami niemieckiej jedenastki. Wanda była
zachwycona.
Zobacz książkę "Obwód głowy" |