Strona Główna
   Książki
 Recenzje
 Autorzy
 Biografie
 Nowości i zapowiedzi
 E-books
 Felietony
 Konkursy
 Wywiady
   Zarejestruj się
 Dodaj materiał
   Redakcja
 Linki
 Współpraca
 Partnerzy
  • Wyszukiwarka

  • Polecamy
    Najlepsze strony o literaturze
  •  Fado

    Autor: Andrzej Stasiuk
      Drukuj fragment książki Fado   Powiadom znajomego o książce Fado
    Fado



    Fragmenty:

    AUTOSTRADA

    Najlepsza jest noc w obcym kraju. O zmierzchu porzuca się jakąś okolicę, ponieważ okazała się beznadziejnie nudna i rusza, powiedzmy, prosto na południe. Ciemność spada na równiny, zakrywa ich smutek i o dziesiątej wieczór jedzie się już przez czystą, czarną przestrzeń. Można wyobrażać sobie różne rzeczy, można odgadywać zarysy niewidzialnego pejzażu, pola, sady, miasta z białego kamienia, kościoły i place stygnące z całodziennego upału, można próbować dojść do ładu z perwersyjną obfitością materii, z pornograficznym bezwstydem historii, która wyleguje się na wznak za każdym zakrętem, za każdym wzniesieniem, ale koniec końców zdaje się to psu na budę, bo zostajemy sam na sam z przestrzenią, która jest najstarsza ze wszystkich rzeczy.
    Droga numer 4, droga numer 1, droga numer 13, czerwone i białe światła, linie na asfalcie ciągnące się w nieskończoność, miraże w lusterkach, blask rozpuszczony w gorącym, czarnym powietrzu, rozjazdy, zielone tablice z nazwami, obwodnice i wiadukty, sploty asfaltowych wstążek, wśród których biją serca miast, sznury ciężarówek jak kolosalne pociągi ciągnące za sobą pasma smrodliwego cienia, błędne ogniki obłąkańców lewego pasa - sto siedemdziesiąt, sto osiemdziesiąt na godzinę, jakby chcieli przejechać noc na wskroś i zdążyć na wschód słońca, gdy inni będą jeszcze podróżować w mroku... Tak, tak, ostateczna samotność autostrady, gdy przez kilka godzin nie widać żywej duszy, tylko skondensowane człowieczeństwo z jego obsesyjną potrzebą ruchu i zwycięstwa nad nieskończonością. Nic, tylko płaskie profile, ledwo cielesne plamy za szybami, ogniki papierosów albo dłubanie w nosie. Chyba że trafia się na stację benzynową, gdzie wszyscy wyglądają na zmęczone potencjalne ofiary i ożywionych ruchliwych rzezimieszków, a ślepe cielska ciężarówek na tle granatowego nieba przypominają wielkie głazy. To wszystko jest ledwo żywe, jakby zużywało resztki sił, i jednocześnie martwe i mechaniczne niczym perpetuum mobile, którego celem pozostaje przetrzymanie wieczności.
    Tak, najlepsza jest noc w obcym kraju na autostradzie, ponieważ obcość rozciąga się wtedy nad całą ziemią i porywa w swój nurt wszystkich bez różnicy. Gdzieś na linii horyzontu widać ognie ludzkich siedzib, lecz nie różnią się niczym od dalekiego lśnienia gwiazd. Ach, migotliwa tętnica nicości, ach, wspomnienie najstarszych czasów, gdy byliśmy na świecie bezdomni, gdy przestrzeń przerażała swoim ogromem. Teraz irytuje nas swoją nieuchwytnością.
    Po czterech godzinach dałem za wygraną. Nie chciało mi się czytać mapy. Skręciłem w pierwszy zjazd i wąską serpentyną opuściłem się na dno lesistej doliny. W górze, na gigantycznych betonowych przęsłach biegła sześciopasmówka. Światła reflektorów ślizgały się po niebie. Monotonne dudnienie opadało w dół jak ciężki kurz. Po kilku minutach wszystko zniknęło i umilkło. Jechałem przez las. Czasami mijałem jakieś domy. Były ciemne. Wszyscy spali. Nie miałem pojęcia, gdzie jestem. W środku leśnego pustkowia zobaczyłem samotny dom z oświetlonym podjazdem. To była knajpa. Zwalisty mężczyzna w białym fartuchu i kucharskim czepku oglądał telewizję. W półmroku połyskiwała świeżo umyta podłoga i sterczały nogi odwróconych krzeseł. Nie było żadnych gości. Poprosiłem o szklankę wina. Facet odkręcił srebrzysty kran i nalał, nie troszcząc się o miarę. Powiedział, że niestety nie ma nic do jedzenia, że kuchnia już zamknięta, ale może mi zrobić kanapkę. Nie chciałem jeść. Wytłumaczyłem mu, że chciałbym więcej wina. Znalazł za barem pustą litrową butelkę i zapytał, czy tyle wystarczy. Skinąłem głową. Uśmiechnął się i odkręcił kran.
    Pół godziny później zjechałem z szosy w leśną przecinkę, znalazłem spłachetek trawy, zawinąłem się w śpiwór i po trzech łykach zasnąłem.
    Rano ruszyłem na poszukiwanie kawy. Mijałem pojedyncze domy zagubione wśród zielonych wzgórz. W końcu trafiłem do miasteczka. Naprzeciwko baru była stacja benzynowa. Trzy dystrybutory stały wprost na chodniku. Wśród nich siedziało czterech starszych mężczyzn. Przynieśli skądś krzesła i po prostu siedzieli. Nieruchomi jak jaszczurki grzali się w porannym słońcu. Wszyscy palili papierosy. A właściwie papierosy spalały się same w ich dłoniach. Słupki popiołu rosły i spadały na ziemię. Czasami podjeżdżał skuter i wtedy jeden z nich podnosił się, nalewał i brał pieniądze. Czułem pomieszane zapachy benzyny i tytoniowego dymu. Spod przymkniętych powiek obserwowali ulicę, lecz nie odzywali się do siebie, ponieważ widzieli w życiu już wszystko i nie było o czym gadać. Słońce wędrowało po niebie i do ich stóp powoli zbliżał się cień rzucany przez okap dachu. To było ich miejsce i wiedzieli, że nim dzień stanie się gorący, oni będą już ukryci w bezpiecznej plamie chłodu. Potem przeszedłem obok nich. Ze swoich krzeseł widzieli nad dachami domów szare przęsła autostrady wbite w ciemną zieleń gór pięć albo sześć kilometrów dalej.

    SŁOWIAŃSKIE "ON THE ROAD"

    ... No więc całe to przypominanie, to siedzenie na tyłku w półmroku i nieustanny odjazd wstecz, to gapienie się w tylną szybę pamięci, ta liryka utraty, to słowiańskie on the road, które teraz wystukuję na maszynie - trzecia piętnaście w nocy - wcale nie po to, żeby zapamiętać, ale po to, by sobie wciąż wszystko od nowa przypominać, zaczynać od nowa, dopóki myśl i złudzenie ostatecznie nie przykryją rzeczywistości, nie zmyją, nie wytrą tych wszystkich nazw i krajobrazów, tych zdarzeń, bez których można by się obejść, i tych przygód, które równie dobrze mogłyby się przydarzyć komu innemu...
    Bo jechać to jest nic. Najważniejsze zaczyna się potem, właśnie teraz, gdy wszystko już znieruchomiało, struchlało i powoli obraca się w nicość. Pięć godzin temu o zmierzchu jechałem serpentynami przez Šarišką vrchovinę i widziałem, jak nad głównym grzbietem Karpat zbierają się chmury. W Klenovie, w Kvačanach, w Rokycanach było jeszcze jasno, jasno było nad Čergovem, ale na północy zapadała już liliowa ciemność. Blask przedostawał się tylko wąską poziomą szczeliną gdzieś między Lackową a Jaworzyną. A potem sina powieka nieba opadła ostatecznie i gdy brałem benzynę w Prešovie, zobaczyłem pierwsze żyłki błyskawic. Do przejścia granicznego w Becherovie jechałem już wskroś burzy. Teraz siedzę w oknie i patrzę w ślad za nią. Nie słychać już grzmotów, ale krawędź góry raz po raz rozpala się zimnym światłem. Chmury suną prosto na południe. Wyobrażam sobie te wszystkie miejsca, w których dzisiaj byłem. Blask błyskawic wydobywa je z mroku. Ludzie śpią w swoich łóżkach i domach. Elektryczna światłość obnaża ich ciała. Rusini w Regetovce, Słowacy w Lipanach, Cyganie w Zborovie, Węgrzy w Silicy - wszyscy wyglądają tak samo: ułożeni na wznak, zwinięci w kłębek, na boku, z rozchylonymi ustami. Przez chwilę twarze przypominają srebrne maski, a potem gasną i znów stają się niewidzialne. W nocnych koszulach, w pidżamach, w gaciach, w kalesonach, nago, oddzielnie albo razem, samotni albo wtuleni w siebie blisko jak zwierzęta, w oddzielnych pokojach jak bogacze, w każdym razie ledwo żywi i niewinni. Czy śpiący człowiek jest Węgrem? Albo Cyganem? Czy jest Polakiem? Popijam kelta z patentowej butelki i wcale nie jestem tego taki pewien. Burza przetacza się teraz gdzieś nad Silicką Planiną i zaraz przekroczy węgierską granicę niczym jakaś kosmopolityczna utopia. Spadnie na Putnok, spadnie na Miszkolc i na Góry Bukowe i będzie sunęła na południe aż zgasi ją świt.
    Spędziłem kiedyś na ukraińsko-rumuńskiej granicy osiem godzin. Była noc. Autobus pełen ukraińskich przekupek stał i stał. Siedziałem na krawężniku, paliłem papierosy i obserwowałem psy. Były kompletnie pozbawione instynktu państwowego. Wypadały watahą zza budynków po rumuńskiej stronie i z ujadaniem znikały po stronie ukraińskiej. Odprowadzały niektóre samochody i potem wracały. Łączyły się w oddziały i broniły swoich rewirów. Obszczekiwały współbraci, węszyły, dreptały, raz po raz przekraczały pas ziemi niczyjej i posterunki. Mundurowi zdawali się ich nie dostrzegać. Gdyby im się chciało, mogłyby ruszyć psią wyprawą w głąb podzielonych terytoriów, przekraczając następne granice. Na przykład rumuńsko-bułgarską, bułgarsko-jugosłowiańską, a potem przez Węgry i Słowację mogłyby znów znaleźć się w tym miejscu i nikt by im nie przeszkodził. Byłem tego pewien. W Petei na przejściu węgiersko-rumuńskim widziałem ich współplemieńców tak samo internacjonalistycznych, tak samo cwanych i tak samo wychudzonych.
    Tymczasem Rumuni poddawali nasz autobus dezynfekcji. Po prostu spryskali całą karoserię jakimś płynem, jakby pojazd był zadżumiony. W środku ukraińskie kobiety podawały sobie pieczoną kurzą nogę, bochenek chleba i popijały piwem. Potem oglądały fotografie z czyjegoś wesela. Wyglądały na jedną wielką rodzinę. Tył autobusu załadowany był towarem. Koła rowerowe, dętki, opony, kartony słodyczy, tobołki, pudła konserw, paki proszków do prania i worki nie wiadomo czego piętrzyły się pod sufit. Siedziały i czekały aż suma łapówki spadnie do rozsądnej wysokości. Ich spokojny fatalizm dorównywał psiej swobodzie. Wydawało się, że granica jako abstrakcyjna linia oddzielająca dwa dość podobne terytoria wcale dla nich nie istnieje. Drzemały, wspominały, pachniały trochę kwaśnym mlekiem i trochę drzewnym pyłem. Siedziały jak w domu, gdy nie ma nic do roboty albo jak na dworcu, gdy spóźnia się pociąg.
    To wszystko przypomina mi się teraz, gdy sączę kelta i patrzę, jak burza wędruje na południe: chmury jak bezpańskie psy, jak toboły ukraińskich bab, jak same baby - ciężkie, cierpliwe i pewne swego. Wyobrażam sobie, jak suną nad moją Europą otoczone cumulusami słynnych toreb w czerwono-niebieską kratkę, jak przetaczają się nad kordonami obładowane asortymentem rzeczy niezbędnych, jak płyną wytrwale niczym tłuste galeony na wzdętych żaglach swoich spódnic, by opuścić się nad bazarem w Suczawie, nad targowiskiem w Zahony, nad Stadionem X-lecia w Warszawie(...)

    Zobacz książkę "Fado"

  • Nowa recenzja
  • Dom Augusty
    Dom Augusty
    Majgull Axelsson
  • Polecamy
  • Księgarnia
  • Jak ryba w wodzie. Wspomnienia
    Mario Vargas Llosa
    Jak ryba w wodzie. Wspomnienia
    49,90 zł 42,40 zł
    KUP TERAZ!
  • Logowanie
  • Login: 
    Hasło: 
    Zarejestruj się
     
    Wszelkie prawa zastrzeżone. Internetowe Imperium Książki © 2002 - 2010
    Serwis monitorowany przez: statystyki www stat.pl ^^^
    teatr warszawa