Strona Główna
   Książki
 Recenzje
 Autorzy
 Biografie
 Nowości i zapowiedzi
 E-books
 Felietony
 Konkursy
 Wywiady
   Zarejestruj się
 Dodaj materiał
   Redakcja
 Linki
 Współpraca
 Partnerzy
  • Wyszukiwarka

  • Polecamy
    Najlepsze strony o literaturze
  • Od dawnego mistrza do współczesnej specjalizacji

    Dawniej ludzie terminowali, przechodząc kolejne stopnie wtajemniczenia zawodowego od ucznia, przez czeladnika, po mistrza. Dzisiaj robią karierę, zaczynając od zdobycia tytułu magistra czegokolwiek i gdziekolwiek po to, by następnie składać stosy CV gdziesięda, aż po latach tułaczki totutotam osiadają w jakimś przytulnym gabineciku z wizytówką na drzwiach, głoszącą wszem i wobec, że oto tutaj rezyduje dyrektordosprawwizerunkudyrektoradosprawkontaktówzmediami.

    A ja się pytam: Czy wspinanie się po szczeblach kariery jest tożsame ze stawaniem się mistrzem? A jeśli tak, to mistrzem czego jest dyrektordosprawwizerunkudyrektoradosprawkontaktówzmediami? Czy potrafi obliczyć części składowe pensji i przygotować listę płac swoich pracowników? To nie ten dyrektor! – podpowiada sufler w mojej głowie. Aha… A więc może potrafi przygotować wniosek na otwarty konkurs ogłoszony przez gminę w zakresie realizacji, dajmy na to, zadań kulturalno-oświatowych tejże gminy? Znowu pudło! Hmmm…? Mam! Na pewno potrafi przygotować sprawozdanie z działalności swojej firmy za ostatni kwartał roku! Boże, kobieto! Tłumaczę ci, że to dyrektordosprawwizerunkudyrektoradosprawkontaktówzmediami! Aha… To co on właściwie potrafi…?! Zawiązać krawat dyrektorowidosprawkontaktówzmediami. Hmmm… To po to było się tyle lat wspinać po szczeblach kariery, żeby zostać mistrzem wiązania krawatów?!!! W takim układzie wolę już nie pytać, czego mistrzem jest dyrektordosprawkontaktówzmediami…

    Powrócę zatem do swojego pierwszego pytania: czy wspinanie się po szczeblach kariery jest tożsame ze stawaniem się mistrzem? Odnoszę wrażenie, że raczej z zawężaniem własnych horyzontów. Kiedyś było tak, że im wyżej, tym więcej było widać. Od tego, kto stał na świeczniku, więcej się wymagało. Dzisiaj należałoby raczej powiedzieć: im kto wyżej, tym coraz mniej go obchodzi, co szczebel bowiem, to większa specjalizacja i o jeden obowiązek, jeden problem i jedną umiejętność mniej.

    Obrońcy powyższego stanu rzeczy zripostują, iż jest on efektem rozwoju gospodarki, nowym osiągnięciem cywilizacyjnym. Po cóż się męczyć i robić wszystko, kiedy można jedynie wiązać krawaty? Ktoś inny myje podłogę, jeszcze inny napisze sprawozdanie, ktoś tam zrobi listę płac, a my pod tym wszystkim złożymy podpis i poprawimy krawat.

    Nie trudno i mnie zgodzić się z taką wizją gospodarki. I we mnie drzemie leniuszek, który chciałby mieć jak najmniej na głowie, ale jak najwięcej na koncie. Można by wtedy żyć i nie umierać! Martwi mnie jednakże w tym wszystkim coś innego.

    Wyobraźmy sobie, że specjalizacja, jaka dokonuje się z każdym kolejnym szczeblem kariery, to zejście o poziom niżej w organizacji organizmu. Na początku mielibyśmy zatem cały organizm, który posiada wiele różnych umiejętności. Szczebel wyżej byłaby jakaś część organizmu, np. noga, która ma już węższą specjalizację, bo służy do biegania, skakania, chodzenia. Jeszcze wyżej byłby jakiś organ, np. serce, bo jego specjalizacja jest jeszcze węższa niż nogi – bije sobie i pompuje krew. Potem byłaby tkanka i na końcu, o zgrozo!, komórka, która ma najwęższą specjalizację, bo przechowuje materiał genetyczny, replikuje go i przeprowadza procesy metaboliczne. I, zaiste, nie martwi się tym, czy noga akuratnie tańczy czy wierzga. Bardziej natomiast interesuje ją to, czy ma materiał do zmetabolizowania i czy jest on zgodny z jej zapotrzebowaniem.

    I tak oto kariera okazała się być procesem powolnej przemiany z człowieka w komórkę, procesem stawania się coraz węziej wyspecjalizowaną i wolną od coraz większej liczby obowiązków, ale li tylko komórką. Na początku kariery może i mieliśmy nieskończoną ilość obowiązków, musieliśmy umieć wykonać tysiące czynności, ale za to byliśmy kompletnym, wszechstronnie uzdolnionym człowiekiem. Na jej końcu zaś nikt już od nas niczego nie wymaga poza wypełnianiem swojej wąskowyspecjalizowanej roli komórki.

    Ktoś powie, że przecież specjaliści są w cenie, że specjalista to mistrz w swojej dziedzinie. Tak, dawniej tak było. W niektórych przypadkach także i dziś, ale o tych przypadkach tutaj nie mówię. Ale dawniej, żeby zostać mistrzem, trzeba było pracować nie coraz mniej, a coraz więcej, nie szlifowało się umiejętności nicnierobieniazadużepieniądze, ćwiczyło się do perfekcji wykonywanie czynności przypisanych do danego zawodu. Dawne terminowanie nie jest więc tożsame ze współczesnym wspinaniem się po szczeblach kariery. Niegdyś uczeń był taką małą komórką, którą mistrz zapładniał swoim talentem, kunsztem, warsztatem, a następnie pomagał się jej rozwijać w pełni ukształtowanego człowieka. I dopiero tak ukształtowany czeladnik po latach samodzielnej pracy stawał się mistrzem.

    Zapytam się więc przewrotnie na koniec, czy za dziesięć lat znajdzie się jeszcze jakiś mistrz, który naprawi mi buty, czy też jedynie taki, który ewentualnie zawiąże krawat za słoną opłatą. Ktoś zripostuje, że w obecnej dobie, przy szybko zmieniających się trendach, nie reperuje się obuwia, lecz kupuje nowe. To ja będę jeszcze bardziej uparta: A czy przy obecnych trendach za dziesięć lat będzie jeszcze z czego wyprodukować te nowe buty, a na stare znajdzie się kawałek wolnej ziemi na składowisko śmieci?

    W ten to sposób doszliśmy do związku wprost proporcjonalnego nicnierobiącej, wysokowyspecjalizowanej komórki na szczycie kariery zawodowej z szybko rosnącymi górami śmieci. No, ale to już temat na inną okazję…

     
    Dodał: Katarzyna Bereta
     
    Ocena internautów: 1 / 6     Głosów: 1
     
     

    K  O  M  E  N  T  A  R  Z  E    (ilość: 2)

    dodał:

    data: 04-04-2011

    treść: pretensjonalna felietonistko - jak możesz nosić buty skoro nie potrafisz ich sama naprawić ???

    szef wymaga od podwładnych tego czego sam nie potrafi - co w tym dziwnego ?! przecież ty nie umiesz naprawiać butów itp. to że szef i podwładny znajdują się w tej samej strukturze organizacyjnej nie stanowi różnicy pomiędzy przedstawionymi przeze mnie przykładami, istnienie organizacji jest wynikiem różnic w kosztach transakcyjnych

     

    dodał:

    data: 04-04-2011

    treść: sama sobie buta napraw pretensjonalna babo - w końcu jak możesz nosić buty skoro nie potrafisz ich sama naprawić ???

     
    Dodaj swój komentarz
  • Menu podręczne
  • Drukuj
    Powiadom znajomego
  • Oceń ten felieton

  • Nowa recenzja
  • Lituma w Andach
    Lituma w Andach
    Mario Vargas Llosa
  • Polecamy
  • Księgarnia
  • Listy
    John Ronald Ruel Tolkien
    Listy
    56 zł 50,40 zł
    KUP TERAZ!
  • Logowanie
  • Login: 
    Hasło: 
    Zarejestruj się
     
    Wszelkie prawa zastrzeżone. Internetowe Imperium Książki © 2002 - 2010
    Serwis monitorowany przez: statystyki www stat.pl ^^^
    teatr warszawa